Uwikłani w sieci (III)

Janusz Wróbel

www.janusz-wrobel.com

Uwiklani w sieci (III) - ilustracja 1

A oto kolejne, niekomfortowe pytanie: co stało się z naszą prywatnością? Starsze osoby, mające niefortunne osobiste doświadczenie z erą komunizmu pamiętają, jakie obawy budziła możliwość tego, że podsłuchują nas urządzenia zamontowane przez Służbę Bezpieczeństwa, że może ktoś nas śledzi lub, że sąsiad jest agentem i donosi, kto nas odwiedza. I choć od tych przeżyć minęło już trzydzieści lat, to czasem przychodzi mi do głowy, że za wynalazkiem Facebooka stał nie Mark Zuckerberg, a “wielki brat” lub służby specjalne, bowiem już nie muszą śledzić, podglądać i podsłuchiwać – robimy to z ochotą sami – informując cały świat o tym, gdzie jesteśmy, z kim, co, jak i ile razy robimy, itp., itd. Żyjemy w świecie społecznie upowszechnionego i zaakceptowanego ekshibicjonizmu – każdy może zostać celebrytą, byle tylko obwieszczał wszem i wobec z kim randkuje, jak często i na ile poważnie się z tą osobą kłóci/rozstaje/schodzi ponownie. Paradoks tego fenomenu opiera się na tym, że sprawy, o których nie dyskutowalibyśmy w grupie sześciu znajomych, obwieszczamy setkom “przyjaciół” na Facebooku, w nadziei uzyskania najszerszej, możliwej aprobaty. W taki oto sposób, staliśmy się Faustami XXI wieku; tyle że nie za wieczną młodość, a za “lajka” oddaliśmy intymność diabłowi.

W istocie już sam fakt posiadania dziesiątek, jeśli nie setek przyjaciół musi prowadzić do powierzchownej, zdawkowej komunikacji, która skupia się na spektakularnych efekcie, mającym prowadzić do szerokiego uznania. Stworzyliśmy informacyjny bazar, gdzie wszystko jest na sprzedaż i wszystkie chwyty handlowe są dozwolone. Główną ofiarą jest tutaj autentyczność, a najważniejszym zwycięzcą jest pozór.

Dzisiejszy inteligentny telefon komórkowy pełni funkcję komputera, i zawiera ogromną ilość informacji o jego użytkowniku. Powinien więc być chroniony przed zewnętrzną inwazją. Tak jednakże nie jest. Jak ujawniony przez Edwarda Snowdena skandal podsłuchowy wskazuje, rząd amerykański uznał, że prywatność w tym zakresie nie powinna istnieć. Tym bardziej więc cieszy ostatnia decyzja Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, która przywraca (przynajmniej w teorii) prywatność posiadaczowi komórki. W uzasadnieniu wyroku, na argumentację rządu, że przeszukiwanie informacji w telefonie komórkowym nie różni się od sprawdzania zawartości kieszeni przestępcy, sędziowie napisali: jest to tak, jak twierdzić, że jazda na wierzchowcu materialnie niczym się nie różni od lotu na księżyc.

To prawda, że Internet ułatwia załatwianie wielu spraw bez wychodzenia z domu, ale kiedy szliśmy na pocztę, mieliśmy kontakt z człowiekiem, a nie z maszyną; wyprawa do banku stanowiła okazję do zamienienia paru słów z obsługującą nas osobą; kupienie biletu w agencji turystycznej, wiązało się z odbyciem rozmowy o naszych planach wakacyjnych. Wybierając szybszy i łatwiejszy sposób, zamykamy możliwość interakcji z ludźmi, którzy dawniej asystowali nam osobiście. Oczywiście komputerowa droga będzie „szybsza i łatwiejsza”, pod warunkiem, że jesteśmy posiadaczami alfabetycznego notesu haseł, gdzie wśród dziesiątek wymyślnych kodów, będziemy w stanie odnaleźć ten pocztowy, ten bankowy, ten biletowy…

Podobnie ma się rzecz ze zdjęciami. Dawniej było ich w naszym życiu znacznie mniej, ale przynajmniej mieliśmy je fizycznie. Dziś jesteśmy rzekomymi posiadaczami tysięcy zdjęć (nie trzeba przecież martwić się o koszty filmu i ich wywołania), ale najczęściej są one zawieszone gdzieś w pamięci komputera, zamiast znaleźć się w albumie, który przynajmniej od czasu do czasu się ogląda.

Praktycznie nieograniczona możliwość publikowania wszystkiego przez wszystkich również prowadzi czasami do naruszania prywatności, do umieszczania obraźliwych, chamskich lub kłamliwych komentarzy, do których dostęp ma każdy użytkownik sieci, a w ekstremalnych wypadkach (publikowanie filmów nagranych telefonem, dokumentujących seksualne znęcanie się nad nieletnimi dziewczętami przez ich kolegów) nawet do samobójczych śmierci ofiar, niemogących unieść stygmy wstydu.

Internet jest kopalnią wiedzy. Owszem, ale czy tylko obiektywnej wiedzy? Wiele z popularnych stron informacyjnych zamieszcza wiadomości starannie dobrane w taki sposób, by ukierunkowywać poglądy ich odbiorców. Bywają one wyrwane z kontekstu lub są prezentowane tylko w sposób wybiórczy i mimo iż są autentyczne, to przez to, że ignorowane są inne informacje, mówią tylko część prawdy, manipulując w ten sposób opinią czytelników.

Pisałem o tym, jak komputeryzacja rozszerzyła możliwości i zakres oddziaływania wielu nauk, w tym medycyny. Czy jednak zdajemy sobie do końca sprawę z tego, co się stanie, gdy np. zabraknie prądu lub kiedy terroryści uzyskają dostęp do najistotniejszych centrów komputerowego zarządzania? Amerykański tygodnik The Week na stronie tytułowej numeru z 30 maja obwieszcza: Wojna światowa 3.0 – amerykańska nowa ofensywa przeciwko chińskim złodziejom cybernetycznym dając do zrozumienia, że wszyscy stajemy w obliczu trudno wyobrażalnych zagrożeń, o których nie śniło się nawet pisarzom, zajmujących się futurologią pięćdziesiąt lat temu.

Niebezpieczeństwa jednak nie przychodzą tylko z zewnątrz. Zbytnie zdawanie się na technologiczne ułatwienia, np. w sferze prostych działań matematycznych, gdy zamiast mnożenia w pamięci, czy posłużenia się kartką i ołówkiem, uciekamy się do pomocy telefonicznego kalkulatora, na dłuższą metę prowadzi do alarmującego zjawiska biologicznej atrofii, o której pisze wspomniany już Tim Wu. Na nasze nieszczęście, nie tylko umysł staje się ociężały, ale również i ciało, a siedzący tryb życia sprzyja otyłości, chorobom układu krążenia i cukrzycy drugiego typu.

I wreszcie jeszcze jeden, poważny problem. Jak rozpoznać, że w korzystaniu z Internetu, osunęliśmy się z terytoriów bezpiecznych w sferę uzależnienia? Przypomnijmy krótko o tym, co stanowi jego główne kryterium. Otóż z nałogiem mamy do czynienia wówczas, gdy to, co robimy, ujemnie wpływa na jakość naszego funkcjonowania w społeczeństwie, pracy, rodzinie i negatywnie odbija się na naszych kontaktach z ludźmi. Jeśli na przykład ilość czasu, jaką młody człowiek spędza na portalach społecznościowych powoduje, że brakuje go już na odrobienie pracy domowej, przygotowanie się do testu lub prowadzi do zarywania nocnych godzin, i w efekcie, do zasypiania na lekcji – to mamy problem. Jeśli dziecko unika wychodzenia na dwór, spotkań z kolegami, uprawiania sportu na rzecz obcowania z komputerem, to zachodzi podejrzenie, że jest to wynikiem kompulsywnego przymusu. Jeśli zasiadamy do komputera z zamiarem spędzenia przed monitorem jednej godziny, bo na tyle możemy sobie pozwolić, tymczasem mijają trzy, a nas ciągle nie ma tam, gdzie powinniśmy w tym czasie być, to znaczy, że to już nie my decydujemy o naszych działaniach. Jeśli oglądanie pornografii i samozaspakajanie się przed ekranem powoduje, że mąż najpierw zaniedbuje współżycie intymne z żoną, a po pewnym czasie nie ma już na to siły lub ochoty, to znaczy, że przyszedł czas, by zasięgnąć porady terapeuty. Jeśli myślenie o tym, żeby zasiąść przy komputerze przeszkadza nam w doświadczaniu przyjemności z tego, co w danym momencie robimy; jeśli nie pozwala nam na skupieniu się na rozmowie, którą prowadzimy lub wykonaniu prawidłowo danego nam zadania, to znaczy, że utraciliśmy kontrolę nad internetową sferą naszego życia. Jeśli nie potrafimy się oprzeć, by siedząc w biurze, zajrzeć na ekscytującą nas witrynę, mimo iż zdajemy sobie sprawę, że może nas ktoś na tym nakryć i w rezultacie możemy zostać zwolnieni z pracy; jeśli nie jesteśmy w stanie powstrzymać się z odczytaniem SMS-a i odpisaniem na niego, kiedy prowadzimy samochód, mimo iż wiemy, że ryzykujemy wypadkiem, to znaczy, że pozwoliliśmy na to, by technologia, która miała nam ułatwić życie, zniewoliła je.

Wynalazki, w tym odkrycie Internetu, stwarzają człowiekowi wiele możliwości, ale i niosą sporo niebezpieczeństw. Jakkolwiek, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że efekty naukowego postępu, same w sobie, bez sprawczej mocy ich kreatora, a później użytkownika, który uruchomi je, posługując się nimi dla swych użytecznych lub niszczących celów, są w dużej mierze neutralne. To my, tak jak swojemu życiu, tak i jego instrumentom, nadajemy stosowne znaczenie. Arszenik jest bardzo przydatny w wyrobie szkła, konserwacji drewna lub stomatologii; ale jest też śmiertelną trucizną. Na początku XX wieku zdesperowani robotnicy niszczyli maszyny, wierząc, że to one zabierają im pracę. Dziś, dzięki robotom i automatyzacji, określenie “pracownik fizyczny” coraz rzadziej odzwierciedla sytuację, w której zatrudniony do wykonania powierzonej mu pracy, musi użyć siły.

Dzięki wynalazkom, codzienne zadania stają się mniej uciążliwe i ich wykonanie zabiera znacznie mniej czasu niż dawniej. Teoretycznie więc, możemy go mieć więcej, pod warunkiem, że w obliczu kuszących nas coraz bardziej technicznie wyszukanych i olśniewających, ale i niezwykle zaborczych zabawek, zachowamy zdrowy rozsądek i nie pozwolimy im się zniewolić, dobrowolnie pozbawiając się kontaktu z innymi ludźmi, na rzecz obcowania z gadżetami.

Uwiklani w sieci (III) - ilustracja 2

About Janusz Wrobel

Janusz Wróbel - praktykujący psychoterapeuta, nauczyciel akademicki. Żonaty, pięcioro dzieci. Autor m.in. książek "Contact" (http://wisdommoonpublishing.com/buy_links.html#Contact) i "Language and Schizophrenia" oraz tomiku wierszy "Cztery pory tutaj” (http://www.telewizjadetroit.com/products-page/dvd/cztery-pory-tutaj-janusz-wrobel/). Janusz Wróbel - college professor, licensed counselor and psychotherapist, who currently maintains a private practice, "Balance and Harmony." Married with five children. Author of the books "Contact" (http://wisdommoonpublishing.com/buy_links.html#Contact) and „Language and Schizophrenia” (http://benjamins.com/#catalog/books/llsee.33/main).
This entry was posted in Janusz Wrobel, Psychologia, Szczescie and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply