Pies nie ma wody!!!

Janusz Wróbel

www.janusz-wrobel.com

Pies nie ma wody!!!. - ilustracja 1

Pewnego słonecznego, letniego dnia, wiele lat temu, babcia naszych dzieci postanowiła kupić im psa. Uznała, jak się później zresztą okazało – słusznie, że wnuki będą się lepiej chować w towarzystwie sympatycznego czworonoga. Oczywiście zapytała nas, rodziców, co o tym myślimy i wtedy zaproponowałem, by sprawę przegłosować. Nie wiem na co liczyłem, bo kwestia była od początku beznadziejna, no i rzeczywiście – byłem jedyną osobą, która głosowała przeciwko temu pomysłowi. Nie żebym nie lubił psów – powodem moich oporów była świadomość odpowiedzialności za zwierzę, która miało stać się członkiem rodziny: nauczenie szczeniaczka podstawowych umiejętności, wyprowadzanie go na spacer, chodzenie do weterynarza, karmienie, pojenie, znalezienie rodziny zastępczej na czas nieobecności domowników, itp. Pozostawiam domyślności Czytelników kwestię tego, kto z członków naszej rodziny zajmuje się w głównej mierze wymienionymi wyżej czynnościami – nie o tym bowiem ma być ten tekst.

Powód, dla którego postanowiłem podzielić się tą opowieścią jest inny – a jest nim obserwacja, której dokonałem na sobie. Otóż tak się składa, że kiedy wchodzę wieczorem, po powrocie z pracy do domu, przechodzę najpierw koło klatki psa, przed którą stoi tacka, a na niej dwie miski – jedna na jedzenie, a druga, teoretycznie, na wodę. Teoretycznie, bowiem często bywa, że nie ma w niej wody. Owszem, piesek nie wygląda na niedożywionego, więc może trochę popościć, ale żeby nie miał wody, gdy poza mną, wszyscy domownicy są już w komplecie? I tu pojawia się dylemat, z którym muszę sobie poradzić. Otóż mam parę wyborów: 1) mogę, wchodząc do kuchni powiedzieć na powitanie i znowu pies nie ma wody, czy naprawdę nikt tego znowu nie zauważył? 2) mogę nalać wody do miski i pozostawić sprawę bez komentarza i 3) mogę, wchodząc do kuchni powiedzieć na powitanie dobry wieczór kochani, cieszę się, że już jestem w domu i trochę później zwrócić dzieciom uwagę, że nie było wody w misce psa. Zachęcam Czytelników do dokonania tutaj własnego, potencjalnego wyboru i zastanowienia się nad jego konsekwencjami.

Zacznijmy od pierwszego wariantu. Z dużym prawdopodobieństwem możemy spodziewać się, w jego wypadku, delikatnie mówiąc, scysji – domownicy zaczną się bronić, szukać usprawiedliwień, a ponieważ częstym sposobem obrony jest odwrócenie psa, przepraszam, kota, do góry ogonem i zaatakowanie atakującego przez przypomnienie mu, że też mu się zdarza np. nie sprzątnąć po sobie talerza lub nie zdjąć butów przed wejściem do kuchni, bardzo łatwo będzie sprowadzić dyskusję na manowce i osiągnąć tylko tyle, że reszta wieczoru będzie skutecznie zepsuta. I już nawet nie muszę pisać, kto będzie temu winien…

Wariant drugi: zupełnie niewychowawczy, opierający się tak naprawdę na lenistwie i hołdowaniu regule tak zwanego „świętego spokoju” – czyli na zasadzie, że dużo prościej i szybciej jest sprzątnąć po dziecku, zamiast podjąć trud i poświęcić czas na nauczeniu go porządku.

Wariant trzeci: najtrudniejszy ale i najskuteczniejszy. Trudny – bowiem wymaga opanowania naturalnej pokusy, by ulżyć swojej frustracji i zamiast pomyśleć o konsekwencjach akcji, dać się ponieść nerwom. Skuteczny, bowiem pozwalający na uniknięcie niepotrzebnej konfrontacji i dzięki temu na taktowne i racjonalne zwrócenie uwagi na problem, co zwykle prowadzi do pożądanego odzewu. No i ma jeszcze tutaj miejsce pozytywny skutek uboczny – a mianowicie szansa na to, że reszta wieczoru upłynie w miłej atmosferze.

Powszechnie wiadomo, jak ważne jest tak zwane „pierwsze wrażenie” – to ono często decyduje o tym, jak potoczy się dalsza część rozmowy, znajomości czy rozmowy kwalifikacyjnej. Podobną wagę ma moment powitania w domu. Oczywiście, przynosimy z sobą z pracy problemy, wyzwania i przykrości, których doznaliśmy i po to mamy bliskich, by o tym z nimi porozmawiać. Ale nie znaczy to, że nasze podenerwowanie ma prowadzić do szukaniu pretekstu do tego, by wyżyć się na domownikach. Problemów przed wejściem do domu pozbyć się nie da, ale może warto zapanować nad frustracją i podjąć wysiłek pozostawienia trucizny negatywnej energii na zewnątrz – tak, by w momencie, gdy ujrzymy najbliższych, bylibyśmy w stanie doznać wypływającej z tego faktu radości. Owszem – zawsze będzie coś, co się nam nie spodoba; coś, co zostało zaniedbane, ale przecież zawsze będą też rzeczy miłe, pożądane i dobre. Niech to one zdecydują o naszym nastawieniu, niech na naszej twarzy pojawi się uśmiech, a w sercu gotowość do zauważenia i powiedzenia czegoś miłego. Niech to, co żona wyczyta na naszej twarzy nie skłoni jej do zapytania na powitanie co, znowu źle zaparkowałam samochód?

Pies nie ma wody!!!. - ilustracja 2

About Janusz Wrobel

Janusz Wróbel - praktykujący psychoterapeuta, nauczyciel akademicki. Żonaty, pięcioro dzieci. Autor m.in. książek "Contact" (http://wisdommoonpublishing.com/buy_links.html#Contact) i "Language and Schizophrenia" oraz tomiku wierszy "Cztery pory tutaj” (http://www.telewizjadetroit.com/products-page/dvd/cztery-pory-tutaj-janusz-wrobel/). Janusz Wróbel - college professor, licensed counselor and psychotherapist, who currently maintains a private practice, "Balance and Harmony." Married with five children. Author of the books "Contact" (http://wisdommoonpublishing.com/buy_links.html#Contact) and „Language and Schizophrenia” (http://benjamins.com/#catalog/books/llsee.33/main).
This entry was posted in Janusz Wrobel, Psychologia, Szczescie and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply